Dziewiarskie Drobiażdżki – supełki przy grubej włóczce

Zacznijmy od tego, że są takie włóczki, które na sam dźwięk słowa „supełek” zaczynają chichotać złośliwie i pokazywać dobitnie, że żadne wiązanie nie będzie trwałe. Zapomnij, kobieto! Wiąż do upadłego, a ja i tak się rozsupłam! Jedwab jest w tej kwestii chyba najciekawszym przypadkiem, bo tam zawiązany supeł zaczyna się rozwiązywać natychmiast, rozłazi się dosłowne w oczach. Śliskie. Brak kłaczków. To jak próba zawiązania własnego włosa. Alpaka niby włosek posiada, ale zachowuje się bardzo „jedwabiopodobnie”. Supełki ma w głębokim poważaniu i pozwala im się rozłazić w kilka minut po zawiązaniu, czasem w kilka godzin po, a czasami – o zgrozo! – po pierwszym praniu. Merino okazuje się mieć podobne właściwości.
Do tego dodajmy, że im grubsza włóczka, tym supełek bardziej widoczny i o ile jeszcze mamy go umieścić po lewej stronie swetra, to jakoś to nie boli, ale jeśli dziergamy szal, który z każdej strony musi być śliczny i estetyczny, to nagle okazuje się, że niewidoczne supełki to sprawa życia i śmierci. Supły wielkości mirabelki, końcówki nitki i zniekształcenia wszelakie są nie tylko nie do zaakceptowania. One wręcz depczą brudnym kaloszem mą duszę rzetelnego rzemieślnika!
To sobie wymyśliłam. Sporo roboty, ale efekt jest taki, jak być powinien. Bardzo pomógł mi wzór – tworzący góry i doliny, w których daje się ukryć łączenie, ale w płaskiej dzianinie też zadziała.
To opowiem Wam, jak do tego podejść.
Po pierwsze w trakcie dziergania nitki zostawiane w trakcie zmiany kolorów wisiały niezabezpieczone. Nawet bez supłów, ale dłuuuuuugie, żeby się nie usiłowały spruć dzielnie samodzielnie. Po drugie supły „producenckie” były traktowane bez znieczulenia – wycinane w całości. Kiedy się w trakcie dziergania natrafia na łączenie włóczek, „prezencik od producenta”, to się nie wychodzi z założenia, że to jest jakoś szczególnie silne łączenie. Zazwyczaj wystarczy szarpnąć lub lekko poluzować i się rozpadnie. Dlatego nie ufamy, wycinamy i łączymy po swojemu.
Takie miejsce podlegało później następującym czynnościom mało magicznym. Dwie zwisające nitki były jak najładniej zawiązane na pół supełka. Uważnie i delikatnie, żeby nie zniekształcić, nie ściągnąć oczek w okolicy.
Taki półsupełek był następnie zszywany maszynową nitką pasującą jak najbardziej do koloru włóczki i bardzo cienką igłą. Kilka razy, króciutkimi ściegami, które łączyły włókna jednej i drugiej nitki. Przy odrobinie uwagi i dobrze dobranej nitce da się to zrobić tak, żeby tego zszycia nie było widać.
Igła z nitką zostają, bo za chwilę będą znowu potrzebne, a my łapiemy za szydełko. Pierwszą końcówkę zaczynamy przeciągać pod istniejącymi oczkami tak, żeby jak najbardziej przypominało to przebieg włóczki w oczkach tła.
A jak przeciągniemy kawałeczek, to od razu zszywamy maszynową nitką. Znowu drobniutko i prawie niewidocznie, ale gęsto. Doskonale sprawdzi się bardzo ostra igła, bo wtedy łatwo wkłuwać się we włókna włóczki, żeby zszycie było trwalsze i maszynowa nitka bardziej stapiała się z włóczką.
Chowamy tak w istniejącej dzianinie co najmniej kilka centymetrów włóczki. Później wracamy do drugiej końcówki i robimy to samo. Nadmiar obcinamy.
Jeśli ma się w sobie zadatki na Kopciuszka, to efekt po obu stronach jest wysoce akceptowalny. Po „lewej” stronie, czyli tam, gdzie jest supełek i zszycie wygląda to tak:
Po prawej tak:
Trochę pracy, ale efekt perfekcyjny, a przy dwustronnych robótkach to ważne.
Wasza Aga M. – Intensywnie Kreatywna