Czas na czapki

„Czy ta włóczka nadaje się na czapki?” – to dość częste pytanie, jakie słyszymy.
Taka najszczersza odpowiedź powinna brzmieć: „Ależ oczywiście, bo w zasadzie to większość włóczek nadaje się na czapki, ale…” i tu pojawi się długa i szczegółowa lista wskazówek, podpowiedzi, sugestii i przewidywanych problemów.
Dlatego ten wpis nie będzie ogólnym zbiorem zasad (bo w sumie ich nie ma), zamiast tego napiszę Wam z czego wydziergane są nasze ukochane czapki, z czego nigdy ich nie robimy i dlaczego, a które motki są do „zadań specjalnych”.
Najukochańszym, najczęściej wybieranym „surowcem” jest u nas merino, bo nie gryzie, bo jest ciepłe, bo nie ma drażniącego lekko spoconą skórę włoska, bo chroni i przed zimnem, i przed wiatrem (co ważne). A do tego nadaje się do dziergania każdego żakardu, nawet bardzo precyzyjnego. Dlatego chyba najczęściej pojawia się na naszych głowach jakieś Malabrigo lub merino od DROPSa (Baby Merino, Merino Extra Fine i Big Merino na ciepłe czapy). Co ciekawe najulubieńsze, zanoszone prawie na śmierć czapki męskie zostały zrobione z Cotton Merino, czyli mieszanki bawełny i merino.
Kiedy robi się naprawdę zimno i wietrznie, na głowach mamy grubą alpakę (Andes się nieźle sprawdza, ale chyba nawet częściej Air, Wish, Puna lub dwie nitki zwykłej Alpaki DROPSa, można też wypróbować Limę czy Nepal). Wywinięty ściągacz na uszach gwarantuje ochronę nawet przed najzjadliwszymi zimnymi powiewami. Ale alpaka zaczyna nas lekko podgryzać, kiedy robi się za ciepło i skóra jest spocona – delikatne alpaczane włoski kleją się wtedy do czoła i zaczynamy wyglądać jak ofiary pogryzienia przez komara. Dlatego wyjmujemy je z szafy tylko, kiedy robi się naprawdę zimno.
Z tego powodu – podrażnienia skóry na czole – nie mamy czapek z owczej wełny, chociaż gradientowa Estońska Wełna Artystyczna pozwala wydziergać cudowne nakrycia głowy, ale nie dla nas, niestety. Podobne problemy mamy ze skarpetkowymi wełnami owczymi (Fabel głównie, bo Nord czy Flora już mniej nas podgryzają). Ale akurat z wełnami owczymi sprawa jest zawsze bardzo indywidualna i po prostu trzeba je przetestować na sobie. Bo są osoby, które czują miłe ciepło, a gryzienia nie, a są takie, które nie wytrzymają z owcą na głowie ani kwadransa. Dlatego warto sprawdzić również takie wyżej przetworzone owcze wełny – Karismę lub Alaskę.
Dodatek kudłatej nitki, mohairu, włóczek z cekinami, włóczek ozdobnych – wszystko dozwolone, a jeśli ktoś lubi oryginalne nakrycia głowy, to nawet wskazane. Czapki z merino z dodatkiem cienkiej nitki mohairu grzeją perfekcyjnie i wyglądają pięknie.
Bawełna? Bawełna owszem, mamy bawełniane czapki na wiosnę, kiedy wydaje się, że już jest prawie tak ciepło, że nakrycie głowy jest zbędne, ale jednak czuć jeszcze lekki chłód. Bawełna jest przewiewna i nie chroni przed wiatrem tak dobrze, jak inne włókna. Dlatego warto rozważyć ewentualnie mieszanki bawełny z czymś odzwierzęco-naturalnym (jak wspomniane Cotton Merino na przykład).
Akryl i mieszanki? Czysty akryl nie, ze względu na to, że nie chroni przed wiatrem, ale mieszanki czasami się zdarzają, bo ich pranie jest niewymagające i można spokojnie wrzucić je do pralki razem z innymi rzeczami. Takie sztuczno-naturalne podwójne czapki (czyli na uszach są cztery warstwy dzianiny) mamy w szafie z rzeczami do biegania zimą. Są prane kilka razy w tygodniu, a czasami wrzucane do suszarki, bo są potrzebne natychmiast i wytrzymują to ekstremalne traktowanie.
Najbardziej egzotyczna wełna, jaką miewamy na głowie, to wełna wielbłąda i jest świetna, bo miękka, ciepła i chroni przed wiatrem, ale w czasie prania zawsze „pachnie” mokrym zwierzakiem i to dość intensywnie, na szczęście zapach znika po wyschnięciu, ale wyjście w niej na silny deszcz bez parasolki… powiedzmy, że ciągnie się wtedy za człowiekiem zapach perfum jak z wielbłądziej zagrody w Maroku.